środa, 3 października 2007

Recenzja: "Don't be afraid of the dark"

Lata oglądania horrorów nauczyły mnie wielu rzeczy. Jedna z ważniejszych lekcji brzmi NIE BĄDŹ TAKI CIEKAWSKI. Nie było jeszcze horroru, w którym: wyprawa do opuszczonego domu, wejście do starej piwnicy, czy nawet otwarcie porzuconej lodówki skończyłoby się dobrze.

Za przykład posłużyć może film „Dont be afraid of the dark” . Jego główna bohaterka– Sally, znajduje, w odziedziczonym domu, zamknięty pokój z zamurowanym kominkiem. Oczywiście od razu postanawia, że musi, po prostu musi, przerobić go na swój osobisty gabinet. Nieważne, że klucz do pokoju był dobrze schowany. Nieważne, że kominek jest zamurowany podwójną warstwą cegieł, a szyber zamknięty przynitowaną stalową płytą. Nieważne, że komin prowadzi do studni wiodącej w głąb ziemi. Nieważne, że majster który zamurował kominek ostrzega ją, że „Pewne rzeczy lepiej zostawić w spokoju”. Ona musi mieć swój gabinet! Z kominkiem .

Niektórzy ludzie po prostu kuźwa nie chwytają aluzji.

Wkrótce po otwarciu kominka zaczynają dziać się dziwne rzeczy, przedmioty spadają z półek, a w nocy słychać głosy. Sally jest przekonana, że coś wydostało się z kominka i chce ją dopaść. Próbuje przekonać o tym swojego męża - Alexa, ale jego interesuje tylko organizacja przyjęcia dla szefa. Oczywiście Sally ma racje, kominek zamieszkują małe, paskudne stwory i najwyraźniej chcą ja zaprosić do siebie. Kiedy Alex wyjeżdża w delegację, potworki zabierają się na poważnie do roboty.

“Don’t be afraid of the dark” to przykład, że nawet kręcąc horror dla telewizji można stworzyć coś ciekawego. Ponieważ twórcy nie mogli pozwolić sobie na chlapanie krwią i machanie flakmi, postawili na inteligentny scenariusz i tworzenie nastroju. Wyszli przy tym z założenia, że to co znajome stanowi najlepsze tło dla horroru. Główną bohaterką uczynili więc zaniedbaną przez męża kobietę, obawiającą się (słusznie), że jego kariera jest ważniejsza od niej. Byli przy tym tak skuteczni, że momentami film przypomina mydlaną operę. Oczywiście w mydlanych operach nie występują zazwyczaj mordercze gobliny z wnętrza ziemi. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu. „Klan” na pewno wiele by zyskał na takim dodatku.

Pochwała należy się też twórcom efektów specjalnych. Mimo że nie dysponowali dużym budżetem, poradzili sobie całkiem nieźle. Szczególnie dobrze wyszły im powiększone dekoracje, po których biegają aktorzy grający potwory. Same potworki też wyszły całkiem nieźle. Mimo iż ich kostiumy składają się z masek i strojów uszytych ze starych szmat, małe bydlaki wyglądają naprawdę paskudnie .Trochę pewnie pomaga fakt, ze nigdy nie widzimy ich w pełnym świetle.

Najbardziej w tym filmie podoba mi się całkowita irracjonalność scenariusza. Nikt nie próbuje nawet wyjaśniać skąd wzięły się polujące na bohaterkę paskudztwa. Po prostu są i tyle. W połączeniu z realistycznym tłem daje to momentami wrażenie koszmaru sennego. Każdemu chyba śniło się kiedyś coś równie dziwacznego np. człowiek przebrany za bakłażana ścigający go po supermarkecie.

Jeżeli jesteście w stanie znieść horror bez krwi i flaków warto poświęcić półtorej godziny.

Najlepsze momenty

  • Tak kochanie, na pewno masz załamanie nerwowe. I to twoja wina.
  • Mały pomarszczony goblin z brzytwą. Ciekawe co powiedziałby o tym Freud.

środa, 12 września 2007

Recenzja: "Zemsta doktora X" ("The revenge of doctor X")

Pewnie myślicie, że film pod tytułem „Zemsta doktora X” opowiada o doktorze X i jego, no nie wiem, zemście!!! Dlatego też, od razu, pozwolę sobie wyprowadzić was z błędu. W filmie nie występuje nikt o nazwisku lub imieniu na literę X, no i właściwie nie ma żadnej zemsty. Zgadza się tylko to, że główny bohater jest doktorem. Przyznaje, że nie ma to żadnego sensu, ale scenarzystą tego filmu był śp. Ed Wood, więc powinniśmy być wdzięczni, że główny bohater nie nosi swetrów z angory.

Wspomnianym doktor to pracujący w NASA doktor Bragan, który ma zarąbisty wąs i poważne problemy z samokontrolą. Jego główna metoda komunikacji to głośne krzyczenie na ludzi, co jest tak męczące, że dostaje zawału. Nakamura –asystent doktora , proponuje mu podróż do Japonii, teoretycznie w celu wypoczynku, ale widać że tak naprawdę chciałby pozbyć się dupka z laboratorium chociaż na miesiąc. W drodze na lotnisko Bragan zatrzymuje się na stacji benzynowej, gdzie natyka się na muchołówki (patrz zdjęcie). Zafascynowany roślinami postanawia zabrać je ze sobą do Japonii.

Na lotnisku w Japonii Bragan spotyka Noriko –kuzynkę Nakamury, która wszystkie swoje kwestie wypowiada jakby uczyła się ich fonetycznie. Kuzyn przekazał jej, że doktor będzie potrzebował ciszy i spokoju, zabiera go więc do należącego do jej rodziny opuszczonego hotelu. Hotel jest wprost idealny dla szalonego naukowca: położony na totalnym odludziu, w pobliżu aktywnego wulkanu. Ma nawet własnego Igora (Igor san?)- garbatego dozorcę, który lubi grać na organach i zrzucać na ludzi dachówki.

Bragan postanawia udowodnić, że zwierzęta wywodzą się od roślin. Z niewiadomych przyczyn wymaga to: skrzyżowania muchołówki z drapieżnym wodorostem, hormonów i wyładowań elektrycznych. W końcu jednak gość jest botanikiem i wie co robi. Produktem eksperymentu jest człowiek muchołówka!!! Zmutowana roślina nie chce jednak prawidłowo rosnąć. Okazuje się że do rozwoju potrzebuje krwi, wystarczy jeden szczeniak i wraca do zdrowia. W tej sytuacji Bragan zmienia się w stuprocentowego szalonego naukowca i postanawia zdobyć krew na własną rękę. To oczywiście nie może skończyć się dla niego dobrze, pora na wieśniaków z pochodniami.

„Zemsta doktora X” to jeden z tych filmów, które w teorii brzmią świetnie, ale tak naprawdę są doć nudne. Problem w tym, że przez większą cześć filmu nic się nie dzieje. Potwór pojawia się dopiero jakieś 30 minut przed końcem. Przez pozostałą godzinę oglądamy jak Bragan krzyczy na ludzi, krzyżuje rośliny i poluje na wodorosty. Botanika nie jest najbardziej ekscytującą nauką pod słońcem i „Zemsta..” dobitnie to udowadnia. Trzeba jednak przyznać, że trochę szaleństwa Eda Wooda przesiąkło do filmu. Pomijam już człowieka-muchołówkę, usypiającego ofiary wydzielanym przez siebie gazem, film pełen jest innych „Woodyzmów”. Dozorca (wymarzona rola dla Tora Johnsona) ma własny motyw muzyczny, który podąża za nim wszędzie. Wulkan koło laboratorium wybucha jakieś 10 razy dziennie, a teorii Bregana nie powstydziłby się dr Vornoff z „Narzeczonej potwora”. Gra aktorów i efekty specjalne również są na poziomie filmów Wooda. Niewielkim bonusem dla oglądających film samców są dwie sceny z Japonkami topless, ale w tych czasach żeby coś takiego zobaczyć wystarczy odpalić net.

Najlepsze momenty:

  • właśnie miałeś zawał? Nie ma problemu, strzel sobie drinka.
  • hej , patrz na moje węże
  • spontaniczna lawina
  • spontaniczna eksplozja wulkanu
  • gościu, przestań gadać do roślin
  • cycuszki
  • „Rośliny mają gruczoły jak ludzie"
  • cycuszki (inne)
  • weź kozę, weź kozę

Dla zainteresowanych, film można znaleźć pod tym adresem: