Dziś, po raz kolejny, obchodzimy staropolskie święto - walentynki. Setki tysięcy ludzi przygotowuje się do tego szczególnego dnia. Jedni kupują bombonierki, inni rezerwują stoliki w drogich restauracjach, jeszcze inni nalewają do wanny 30 litrów sosu tatarskiego i wypuszczają pokraka z klatki, doprawdy miłość wisi w powietrzu.
W tym właśnie duchu, postanowiłem obejrzeć jakiś przyjemny, romantyczny film. Mój wybór padł na, nakręconą w 1966 r., przez handlarza nawozem z El Paso w USA, historię niezwykłego romansu. Zwyczajna gospodyni domowa i walczący o nią mężczyźni: jej mąż palant, zboczony satyr i przywódca poligamistycznego kultu ciemności. Czy to „Mosty Madison County”? Nie to Hal Warren i jego „„Manos” – the hands of fate” *.
Mike i Margaret – małżeństwo z dzieckiem na wakacjach, gubią drogę i trafiają do domu na odludziu. Jedynym lokatorem jest Torgo - obdarty satyr** pilnujący miejsca spoczynku Mistrza – kapłana kultu Manosa – boga ciemności. Szybko okazuje się, że wszyscy faceci w okolicy mają ochotę na Margaret. Mistrz chce zrobić z niej kolejną żonę (
facet jest chyba jednym z tych tradycyjnych Mormonów), Torgo - zboczony mały popapraniec - chce zrobić z nią te wszystkie paskudne

rzeczy, o których marzył obmacując śpiące żony Mistrza*** , a Mike... no dobra prawie wszyscy faceci w okolicy mają ochotę na Margaret. Czy uda jej się uciec? Czy może zostanie siódmą żoną Mistrza albo, co gorsza, „przyjaciółką’ Torgo.
Do „
Manosa” najlepiej pasuje określenie „
nierówny”. Przez większość czasu film jest po prostu nudny i bezsensowny. Zdarzają się jednak momenty, kiedy Warren wchodzi (
schodzi?) na poziom surrealistycznego antytalentu bliski filmom Eda Wooda. Słychać to w dialogu pełnym bezsensownych stwierdzeń, powtórek i zapętleń oraz widać w niektórych scenach (
choćby „egzekucji” Torgo). Sama produkcja też jest na poziomie Wooda - półamatorscy aktorzy, zerowy budżet i fantastycznie niedobrana jazzowa ścieżka dźwiękowa (
jazzowa na miłość Manosa). Chwilami, chyba bezwiednie, film ociera się o tematy, których nawet Wood nie odważyłby się poruszyć. Okazuje się, na przykład, że Mistrz chce uczynić swoją żoną nie tylko, Margaret, ale też jej małą córkę Debbie (
wszyscy razem buuueeeagh).
Hal Warren miał, według mnie, zadatki na twórcę naprawdę zabawnej filmowej szmiry, aż szkoda, że „
Manos” okazał się jego jedynym filmem. Czy gdyby miał szanse nakręcić następny byłby on równie popaprany? Możemy tylko marzyć.
Najlepsze momenty- Hehe pudel, ciekawe czy dożyje do końca filmu?
- Aaaaarrrgh. Dwustuminutowa wycieczka po okolicach El Paso.
- Torgo rządzi, popaprany satyr ma nawet własny temat muzyczny na ścieżce dźwiękowej.
- Mistrz- kapłan kultu Manosa, hodowca dobermanów i przewodniczący światowego fanklubu Franka Zappy.
- „Labirynt Fauna” to totalna zrzynka z tego filmu.
- Hej Torgo, nie jestem ekspertem, ale chyba dajesz jej zbyt wyraźne sygnały.
- Wow walka w bieliźnie
- „Egzekucja” Torgo- masaż śmierci.
- „Wróćmy do domu, tam na pewno nie będą nas szukać”. Tak jest wróćcie, pokażcie Darwinowi kto tu rządzi?
*Ten podwójny cudzysłów to nie błąd, Hal Warren, z niewiadomych przyczyn, uznał, że w tytule filmu też musi być cudzysłów. Co ciekawe „manos” to, po hiszpańsku, „ręce”, w tłumaczeniu na polski tytuł brzmi więc „Ręce”- ręce losu. Jaki z tego wniosek?Hal Warren był albo szaleńcem, albo geniuszem.
** Według wiarygodnych źródeł (czyt. przeczytałem to na internecie) Torgo ma być satyrem, ale jedyne, co wskazuje na jego naturę są wielkie kolana, no i ogólnie i zboczone zachowanie.
***Taak Torgo to totalny perwers.