Recenzja: "Don't be afraid of the dark"
Lata oglądania horrorów nauczyły mnie wielu rzeczy. Jedna z ważniejszych lekcji brzmi NIE BĄDŹ TAKI CIEKAWSKI. Nie było jeszcze horroru, w którym: wyprawa do opuszczonego domu, wejście do starej piwnicy, czy nawet otwarcie porzuconej lodówki skończyłoby się dobrze.
Za przykład posłużyć może film „Dont be afraid of the dark” . Jego główna bohaterka– Sally, znajduje, w odziedziczonym domu, zamknięty pokój z zamurowanym kominkiem. Oczywiście od razu postanawia, że musi, po prostu musi, przerobić go na swój osobisty gabinet. Nieważne, że klucz do pokoju był dobrze schowany. Nieważne, że kominek jest zamurowany podwójną warstwą cegieł, a szyber zamknięty przynitowaną stalową płytą. Nieważne, że komin prowadzi do studni wiodącej w głąb ziemi. Nieważne, że majster który zamurował kominek ostrzega ją, że „Pewne rzeczy lepiej zostawić w spokoju”. Ona musi mieć swój gabinet! Z kominkiem .
Niektórzy ludzie po prostu kuźwa nie chwytają aluzji.
Wkrótce po otwarciu kominka zaczynają dziać się dziwne rzeczy, przedmioty spadają z półek, a w nocy słychać głosy. Sally jest przekonana, że coś wydostało się z kominka i chce ją dopaść. Próbuje przekonać o tym swojego męża - Alexa, ale jego interesuje tylko organizacja przyjęcia dla szefa. Oczywiście Sally ma racje, kominek zamieszkują małe, paskudne stwory i najwyraźniej chcą ja zaprosić do siebie. Kiedy Alex wyjeżdża w delegację, potworki zabierają się na poważnie do roboty.
“Don’t be afraid of the dark” to przykład, że nawet kręcąc horror dla telewizji można stworzyć coś ciekawego. Ponieważ twórcy nie mogli pozwolić sobie na chlapanie krwią i machanie flakmi, postawili na inteligentny scenariusz i tworzenie nastroju. Wyszli przy tym z założenia, że to co znajome stanowi najlepsze tło dla horroru. Główną bohaterką uczynili więc zaniedbaną przez męża kobietę, obawiającą się (słusznie), że jego kariera jest ważniejsza od niej. Byli przy tym tak skuteczni, że momentami film przypomina mydlaną operę. Oczywiście w mydlanych operach nie występują zazwyczaj mordercze gobliny z wnętrza ziemi. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu. „Klan” na pewno wiele by zyskał na takim dodatku.
Pochwała należy się też twórcom efektów specjalnych. Mimo że nie dysponowali dużym budżetem, poradzili sobie całkiem nieźle. Szczególnie dobrze wyszły im powiększone dekoracje, po których biegają aktorzy grający potwory. Same potworki też wyszły całkiem nieźle. Mimo iż ich kostiumy składają się z masek i strojów uszytych ze starych szmat, małe bydlaki wyglądają naprawdę paskudnie .Trochę pewnie pomaga fakt, ze nigdy nie widzimy ich w pełnym świetle.
Najbardziej w tym filmie podoba mi się całkowita irracjonalność scenariusza. Nikt nie próbuje nawet wyjaśniać skąd wzięły się polujące na bohaterkę paskudztwa. Po prostu są i tyle. W połączeniu z realistycznym tłem daje to momentami wrażenie koszmaru sennego. Każdemu chyba śniło się kiedyś coś równie dziwacznego np. człowiek przebrany za bakłażana ścigający go po supermarkecie.
Jeżeli jesteście w stanie znieść horror bez krwi i flaków warto poświęcić półtorej godziny.
Najlepsze momenty
- Tak kochanie, na pewno masz załamanie nerwowe. I to twoja wina.
- Mały pomarszczony goblin z brzytwą. Ciekawe co powiedziałby o tym Freud.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz